Fragment powieści KLEJNOTY
Włodzimierz Perzyński
KLEJNOTY
Powieść
Wiśniewski spojrzał ze zdumieniem na Kasię.
— Pani? Oderwać?
— Tak. Pan nie ma pojęcia, jak mi ci ludzie, wśród których żyłam, obrzydli i jak ich znienawidziłam. Zdaje mi się, że to wszystko jest zgniłe, skazane na zagładę.
— A gdzież są prawdziwi ludzie?
— Wśród wydziedziczonych. Wiśniewskiemu twarz rozpromieniała bezmiernym
zachwytem i szczęściem.
XII.
Kubarek i Wiśniewski szli powoli przez wiadukt mostu Poniatowskiego. Skwar był straszny. Wiśniewski błądził wzrokiem po przestrzeni za Wisłą, siniejącej już o zmierzchu i jakby posypanej złotawym kurzem, i co chwila przestawał słuchać opowiadania kolegi. Od powrotu z Zalesia żył jak nawpół przytomny. Wciąż wspominał tylko rozkoszną niedzielę na wsi i doszedł wreszcie do tego, że mógł minutę po minucie odtworzyć sobie w głowie cały dzień. Ta tęsknota osłabiała mu wole i rozcieńczała myśli. Musiał się zdobywać na niesłychany wysiłek, aby je na czemkolwiek przez dłuższy czas skupić. W powszednie dni ratowały go korepetycje. Wziął ich najwięcej, jak mógł, z uszczerbkiem nawet dla własnej pracy. I chciał się poprostu fizycznie zamęczyć, żeby nie mieć czasu na rozpamiętywanie.
Po powrocie napisał długi list do Kasi. Odpowiedziała mu po kilku tygodniach dopiero, krótko, na karcie, którą ktoś widocznie długo jeszcze przed wrzuceniem do skrzynki pocztowej nosił w kieszeni, bo była zabrudzona i pomięta. Kasia usprawiedliwiała się przed nim ze spóźnionej i krótkiej odpowiedzi brakiem czasu i zapraszała go znów na jaką niedzielę na wieś. Ale Wiśniewski nie mógł się na powtórny wyjazd zdecydować.
Obawiał się, żeby się doreszty nie rozkleić. Cel, jaki sobie wytknął w życiu, był jeszcze bardzo daleki. Stawiał zaledwie pierwsze kroki na tej drodze, którą miał przebrnąć. Obliczał, że olbrzymi procent umysłowej energji będzie musiał poświęcić na zabezpieczenie sobie warunków bytu. Z tego więc, co mu zostawało na pracę naukową, nie mógł już najmniejszej nawet cząstki roztrwonić. Niedziela w Zalesiu dała mu pewną sumę bezwzględnego szczęścia, ale równocześnie wytrąciła go najzupełniej z równowagi moralnej. Cały czas od powrotu, aż do otrzymania karty Kasi, musiał wykreślić z życia, ponieważ zeszły mu te tygodnie na ciągłem wyczekiwaniu odpowiedzi. Przekładał nawet godziny korepetycji, żeby być zawsze w domu o tej porze, kiedy przynoszono pocztę. Jego list do Kasi był rodzajem traktatu filozoficzno - społecznego, w którym wyrzucił z siebie wszystkie dręczące go zagadnienia. Wyobrażał sobie, że Kasia w ten sam sposób mu odpowie, czyli majaczyła mu się w podświadomem pragnieniu jakaś korespondencja w stylu osiemnastego wieku. Po krótkiej rozmowie w altanie, którą zresztą zaraz przerwał Węgrzyński, zostało mu takie wrażenie, jakgdyby pierwszy raz w życiu mogł się długo i szczerze nagadać z kimś, kto go najzupełniej i we wszystkich najskrytszych odcieniach uczuć rozumiał. Wrażenie to było nawet istotne, ponieważ to, co mówił głośno o swojem dzieciństwie i planach na przyszłość, stanowiło tylko fragment chaosu, jaki mu równocześnie kłębi? się w głowie i stanowił dla niego właściwą rozmowę. Dlatego też chciał tę rozmowę snuć dalej. Karta Kasi obcięła jego entuzjastyczny rozpęd i to narazie przykrem rozczarowaniem. Ale otrząsnąwszy się z tego niemiłego wrażenia, instynktownie zdał sobie sprawę, że był trochę śmieszny. Nabrał jeszcze większego uwielbienia dla rozumu Kasi i otrzeźwiał. Widząc za sobą zmarnowany czas, którego już w żaden sposób i nigdy nie można było odrobić, postanowił skrzepić wolę i nie narażać się już na pokusy.
Wykonanie tego postanowienia było bardzo ciężkie. Ciągła walka z sobą odbiła się na jego usposobieniu. Stał się bardziej jeszcze milczący niż zwykle i ponury. Kubarek, który go nie widział przez dwa miesiące, odrazu zauważył tę zmianę. Ale nic nie mówił, wiedząc, że Wiśniewski nie znosił żadnych pytań, tyczących się jego osobistych przeżyć.
Kubarek był zgorzkniały i rozczarowany. Udało mu się zaangażować do objazdowej trupy, która miała dać szereg przedstawień w miejscowościach kuracyjnych. Kiedy wyjeżdżał, pełen był jak najlepszych myśli i zapału. Utrzymywał, że po raz pierwszy w życiu widział w teatralnej imprezie, tak. jak się wyrażał, prawdziwie europejski rozmach. Przepowiadał, że wroci z tego objazdu z takiem nazwiskiem, że już żadne intrygi ani niechęć nie będą mogły zamknąć mu drogi do stołecznych teatrów. Niestety, przedsiębiorstwo objazdowe zbankrutowało odrazu. I Kubarek, który przez jakiś tydzień przy każdej sposobności tłumaczył Wiśniewskiemu, że ta sama warszawska publiczność, w miejscowościach kuracyjnych odcięta od stadnej, bezmyślnej atmosfery Warszawy, zupełnie inaczej może odczuwać prawdziwą sztukę i oceniać talenty, i na tem właśnie budował wszystkie swoje nadzieje, nie mógł zagrać ani jednej z wielkich ról, jakie mu obiecywano. Przyczyną bankructwa trupy była, jego zdaniem, wadliwa administracja. Wykładał to przyjacielowi obszernie i, chociaż przy tematach, które go porywały, tak się zazwyczaj upajał własnemi słowami, że można go było najzwyczajniej nie słuchać, to jednakże roztargnienie Wiśniewskiego zwróciło wkońcu jego uwagę.
